Przejdź do treści
Czytelnia

Proces Niewiadomskiego

Udostępniamy Państwu broszurę Proces Niewiadomskiego będącą stenogramem procesu mordercy Prezydenta Gabriela Narutowicza, zebranym przez Stanisława Kijeńskiego – obrońcę Eligiusza Niewiadomskiego. Jest to zapis nie tylko wystąpień oskarżonego, wszystkich świadków i biegłych sądowych, ale również treść wyroku, protokół wykonania kary śmierci oraz wybór artykułów prasowych dotyczących procesu, stracenia i pogrzebu Niewiadomskiego.

Treść broszury można prezentujemy w poniższym linku:
Proces Eligiusza Niewiadomskiego

Broszurę poprzedziliśmy komentarzem historyka, badacza antysemityzmu i przemocy politycznej – prof. dr hab. Grzegorza Krzywca z Instytutu Historii im. Tadeusza Manteuffla PAN.

Prof. dr. hab. Grzegorz Krzywiec

Instytut Historii im. Tadeusza Manteuffla

Polska Akademia Nauk

 

Zgodnie z przepisami i duchem Konstytucji, uchwalonej 17 marca 1921 r., Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej był wybierany na okres siedmiu lat bezwzględną większością głosów dwóch izb – Sejmu i Senatu, połączonych w tzw. Zgromadzenie Narodowe (ZN). To wydarzenie powinno być wielkim świętem młodej demokracji; m.in. oznaczało kolejny etap wychodzenia ze stanu tymczasowości ustrojowej. Najwyższy urząd państwa (tj. Prezydenta RP) dostawał mandat społeczny pośrednio wynikający z pięcioprzymiotnikowych wyborów odbytych na terenie całego kraju. Wybór prezydenta został poprzedzony pierwszymi wyborami do dwuizbowego parlamentu z listopada tego roku. W wyniku wyborów w 444-osobowym Sejmie ugrupowania centroprawicowe uzyskały 220 mandatów, centrolewicowe – 97, mniejszości narodowe zgrupowane w tzw. Bloku Mniejszości Narodowych – 89, zaś pozostałe grupy i ugrupowania – 38. W wybranym po raz pierwszy 111-osobowym Senacie najliczniejsza była także centroprawica z dominującą Narodową Demokracją, największym ugrupowaniem polskiej prawicy.

Gabriel Narutowicz – wybitny naukowiec, a zarazem polityk zbliżony do politycznego centrum, kandydat zgłoszony przez centrolewicowe ugrupowanie PSL „Wyzwolenie” – został wybrany, jako pierwszy w historii Polski, na urząd Prezydenta RP w dniu 9 grudnia 1922 r. W piątej, decydującej rundzie otrzymał 289 głosów liczącego 555 posłów i senatorów ZN, zyskując przy tym poparcie ok. 56% głosów wszystkich parlamentarzystów. Jego główny przeciwnik, prawicowy kandydat Maurycy Zamoyski, otrzymał niecałe 44% głosów. Wybór Narutowicza wywołał jednak gwałtowne protesty i agresywne, masowe demonstracje uliczne w Warszawie, zakończone zabójstwem prezydenta 16 grudnia 1922 r. podczas otwarcia wystawy w budynku Towarzystwa Sztuk Pięknych „Zachęta”. Zabójcą okazał się znany artysta, były urzędnik państwowy oraz sympatyk prawicy, Eligiusz Niewiadomski. Zabójca został postawiony przed sądem i po szybkim procesie skazany na karę śmierci (29.12.1922 r.). Wyrok wykonano miesiąc później w atmosferze wiszącej w powietrzu wojny domowej.

Wydarzeń z przełomu 1922/1923 nie da się zrozumieć bez próby spojrzenia na aspiracje, horyzonty myślowe i wyobrażony świat wyborcy prawicowego w Polsce pierwszych dekad XX w. Były one już od początku XX w., zwłaszcza po traumie rewolucji 1905 r., kształtowane przez antagonistyczną wizję społeczeństwa, w której szeroko pojęta socjalistyczna lewica, od komunistów, przez niepodległościowych socjalistów po anarchistów, dąży nie tylko do obalenia chrześcijańskiego porządku, ale też do zaprowadzenia nowoczesnej, oświeceniowej utopii.

Po odzyskaniu niepodległości, w szczególności zaś po wojnie polsko-bolszewickiej, która wywołała olbrzymią energię społeczną, na ten ogląd społeczny nałożył się fantazmat Judeo-Polonii, quasi wielonarodowego państwa, w którym mniejszości, w tym Żydzi, współdecydują o polskich losach. Agresywne wizerunki Żydów w rodzimej kulturze popularnej były obecne już wcześniej, ale to pierwsze lata polskiej państwowości, nade wszystko wzmocniły i (zasadniczo) ugruntowały tę negatywną fantazję wrogich-obcych. Ówcześni Polacy mieli przekonanie, że ich świeżo odzyskana państwowość była wątła, a jej podstawy były stale podrywane przez licznych wrogów wewnętrznych i zewnętrznych; w prawicowej przestrzeni publicznej na czele wrogów stali Żydzi.

Liczne, czasami sprzeczne, a nawet antagonistycznie nastawione do siebie grupy społeczeństwa polskiego pielęgnowały te nienawistne wizerunki Żydów m.in. jako nielojalnych współobywateli z czasu konferencji pokojowej w Wersalu, obojętnych, a często wrogich współmieszkańców z okresu konfliktu polsko-bolszewickiego czy zruszczonych sąsiadów z Wileńszczyzny gotowych sprzyjać Litwie, etc. Te obrazy, silnie oddziaływały na wyobraźnię społeczną, stale były obecne w masowej kulturze, a z racji, że obrazy stają się rzeczywistością, jeśli się w nie wierzy, łatwo dawały się mobilizować, zwłaszcza w momentach gwałtownych przesileń politycznych. Gorąca polityczna jesień 1922 r. przyniosła taki zwielokrotniony efekt mobilizacyjny.

Rozproszkowana centrolewica, podzielona między podzielony ruch ludowy (m.in. PSL „Piast”, PSL „Wyzwolenie” i drobne ugrupowania chłopskie), socjalistów (PPS) i rozczłonkowany ruch związkowy oraz sfragmentyzowaną po różnych obozach politycznych liberalną inteligencję, który nomen omen poniósł spektakularną klęskę w wyborach parlamentarnych, nie była w stanie przedstawić i przeforsować swojego kandydata bez pomocy deputowanych wywodzących się z Bloku Mniejszości Narodowych. Dla dominującego nurtu prawicy stało się to kamieniem obrazy.

Do tej układanki dochodziły także inne czynniki. Np. od jesieni 1922 r. wzrosła wydatnie liczba i siła grup i środowisk skrajnych wypatrujących we Włoszech wzorów nowej kultury politycznej. Zazwyczaj „marsz na Rzym” i objęcie rządów przez Benito Mussoliniego (październik 1922 r.) ocenia się jako ekscentryczną ciekawostkę z pogranicza folkloru politycznego, dla polskiej prawicy był to  jednak magnes, który przyciągał i rzadko kogo pozostawiał obojętnym. ‘Transformatio alla fascista’, czy mówiąc wprost – rozwiązania siłowe, stała się bodaj największym wyzwaniem dla rodzimego nacjonalizmu i jeszcze przez najbliższą dekadę pozostanie dlań najważniejszym punktem odniesienia.

Kilkanaście ugrupowań partyjnych, które znalazło się w polskim parlamencie, z lekką przewagą dla ugrupowań prawicowych z Narodową Demokracją na czele, nie było się w stanie ani wyłonić stabilnej większości parlamentarnej, ani tym bardziej wybrać swojego kandydata na prezydenta. Trudno w tym obrazie życia politycznego pominąć rolę ówczesnego Naczelnika Państwa, Józefa Piłsudskiego, którego władza była tyleż formalna, co przede wszystkim, jako najwybitniejszego polityka czasu pierwszych lat niepodległości, nieformalna i rozproszona na licznych instytucjach i środowiskach politycznych. Piłsudski, jak żaden inny polityk tego czasu, miał zdolność mobilizowania swoich zwolenników, a zarazem, jak pewien symbol, rozjuszania swoich przeciwników i wrogów (w zgodnej opinii komentatorów rola głowy państwa w ustanowionej w 1921 r. konstytucji została wydatnie ograniczona właśnie ze względu na jego ambicje polityczne). W czasie kryzysu jesieni 1922 r. jego pozycja nie była jednoznaczna – m.in. kilka razy skutecznie uniemożliwiał powstanie centroprawicowej koalicji rządzącej – i trudno uznać, że wytrwale wspierał stabilizację i uspokojenie rozemocjonowanej sceny politycznej.

 

Skazanie i wykonanie wyroku śmierci na Eligiuszu Niewiadomskim wzmocniły rodzący się, jeszcze przed procesem (grudzień 1922 r.), męczeński kult zabójcy. Jeśli zrazu sam zamach, podobnie jak wcześniej agresywne zamieszki z 10 i 11 grudnia, wzbudziły głosy protestów, a nawet oburzenia w licznych środowiskach centroprawicowych oraz apele o spokój społeczny i umiarkowanie, to kolejne dni dokumentowały, że czyn i późniejsze zachowanie zabójcy wzbudzały respekt i podziw. Nie będzie wiele przesady w uznaniu, że sam Niewiadomski, utalentowany artysta i teoretyk sztuki, ze swojego procesu i egzekucji chciał uczynić inscenizowaną demonstrację; w dużej mierze, przy współudziale prawicowej prasy i opinii publicznej, ten zamysł mu się powiódł.

Za pośrednika w tej – w dużej mierze spontanicznej, choć także inspirowanej przez samego zabójcę – operacji mógł uchodzić adwokat Niewiadomskiego, Stanisław Kijeński. Był on również sympatykiem prawicy, uznanym obrońcą w sprawach karnych, regularnie pojawiał się w prawicowej prasie, udzielał wywiadów i przekazywał nowiny z więzienia, w końcu opublikował stenogramy z procesu. Jak pisze współczesny historyk: „Prasa endecka pisała o zachowanych przez niego spokoju i rozwadze. Przyznawano z uznaniem, że to człowiek dużego formatu, honorowy, dumny, który przez cały czas zachowywał się z godnością […] Próbowano go uczynić bohaterem tragicznym, niemal na równi z Narutowiczem” (T. Sikorski, Eligiusz Niewiadomski, PIW, Warszawa 2025, s. 381). Ten oddolny, spontaniczny i powszechny, a zarazem odbywający się niemal we wszystkich częściach Polski, proces „kanonizowania” zabójcy demokratycznie wybranego prezydenta, odbywał się przez cały styczeń, a potem trwał przez kolejne miesiące.

Na początku 1923 r. ukazały się „Kartki z więzienia”, rodzaj wyznania wiary i zarazem manifestu ideologicznego Niewiadomskiego. Jeśli, za klasykami, ideologia to w miarę koherentny zbiór właściwych danej klasie (bądź warstwie) społecznej poglądów, całościowy sposób myślenia o świecie i zarazem sposób mobilizacji do walki o zdobycie władzy tak, by zgodnie ze swoim interesem przekształcić rzeczywistość, to Niewiadomski dał wykład polityki nie do pogodzenia z demokratycznymi wartościami oraz z wieloetnicznym i wielowyznaniowym społeczeństwem. Co więcej, ten manifest pokazywał, że poglądy zabójcy pierwszego prezydenta RP niewiele, jeśli w ogóle, różnią się od głównego nurtu prawicowego myślenia o wspólnocie.

Jeśli spojrzeć na ówczesną scenę prawicową, to wydarzenia z przełomu 1922/1923 często wydają się być zsynchronizowanym zespołem naczyń połączonych; największy obóz polityczny (tj. Narodowa Demokracja) za pomocą rozbudowanego systemu prasy i propagandy, ale też uruchamiając szereg podskórnych lęków kulturowych, skutecznie mobilizowała znaczący, jeśli wręcz nie dominujący, odłam opinii publicznej. Jej fanatyczny zwolennik powodowany silnym „odruchem patriotycznym” wykonał dramatyczny gest, swego rodzaju samopoświęcenie, w celu wywołania szoku moralnego – zabija przedstawiciela znienawidzonego systemu. Tak tłumaczył to sam zabójca prezydenta Narutowicza, Eligiusz Niewiadomski w czasie procesu, tak też, z pewnymi korektami, odczytywało tamte zdarzenia wielu współczesnych komentatorów z lewicowo-demokratycznej części opinii publicznej. Ten schemat przesłaniał jednak elementy nowego, które wtapiało się w stare.

Wydarzenia z grudnia 1922 r. rzeczywiście unaoczniały kryzys powojennej „wilsonowskiej” demokracji w polskim wydaniu oraz jej fundamentalne ograniczenia. Choć odrodzona Polska przejęła ustrój demokratyczno-liberalny, to szybko przekształcała się w „demokrację etniczną”, w której dominująca społecznie i kulturowo grupa oczekiwała hegemonii, a na każde jej naruszenie reagowała nerwowo i czasami agresywnie. Społeczeństwo, w którym jedna trzecia obywateli (tj. mniejszości etnicznych i religijnych) została faktycznie ubezwłasnowolnione i osadzona w pewnych, zwykle określonych rolach, w naturalny sposób, w przyspieszonej wersji, generowało konflikty i spory bardzo ciężkie do politycznego uzgodnienia.

Zabójstwo pierwszego wybranego prezydenta nie tyle jednak podważyło ramy instytucjonalne młodego ustroju – kolejne miesiące dowiodły, że państwo i jego aparat potrafią uporać się z anarchizującą agitacją nacjonalistyczną – co przede wszystkim pokazało ograniczoną bazę społeczną i możliwości mobilizacyjne jej zdeklarowanych zwolenników.

Trudno uznać, że ktokolwiek wyszedł z kryzysu lat 1922/1923 obronną ręką. Prawica obarczona moralną odpowiedzialnością za kampanię nienawiści wobec nowo wybranego prezydenta już w maju 1923 r. weszła do rządu. Józef Piłsudski w drodze protestu zrzekł się wtedy wszystkich funkcji publicznych, a jego odejście zapowiadało tylko dalsze powikłania. Główni protagoniści wydarzeń pozostali na swoich pozycjach. Wydarzenia z końca 1922 r. pozostawiły nieufność i pogłębiający się ideowy dystans między głównymi siłami politycznymi, które w gwałtowny i pozaparlamentarny sposób dały o sobie znać w ciągu kilku najbliższych lat. Nawoływania do przemocy i retoryka ideologizowanej wrogości wobec przeciwników zostały wprawdzie zepchnięte na margines głównego nurtu polityki, ale zarówno wizja społeczna, jak i przeświadczenie, że dominacja etnicznie rozumianej wspólnoty może być egzekwowana przez polityczny szantaż i wymuszoną przewagę wcale nie zostały moralnie zdezawuowane. Uznanie, że „polska większość”, czyli przede wszystkim głos etnicznych Polaków, ma decydować o losach wspólnoty politycznej, o kluczowych sprawach i problemach Polski, m.in. o wyborze głowy państwa – kluczowy postulat prawicy z lat 1920 – zostało nieformalnie wprowadzone w życie i honorowane aż do końca II Rzeczypospolitej.